czwartek, 6 czerwca 2019

rewire 2019

rewire Festival 2019 - The Hague

Rewire dobiegł końca, a ja już popijam wino w Łodzi, myślami będąc jeszcze nie do końca na miejscu.
Nie było przepoconych od potu koszulek ani podeptanych od "tańców" pod sceną butów, nie było też szumu w uszach po zbyt głośnych koncertach... Nie było też wschodów słońca gdzieś nad nie wiadomo jakim niebem. Trudno, żeby to było, bo to rewire, a nie off, opener czy tauron. Festiwal zdecydowanie specyficzny i konsekwentny w budowaniu swojego charakteru i z sukcesem realizujący swój pomysł na siebie.
Uczestniczenie w tej imprezie porównałbym do wizyty w jakimś muzeum sztuki współczesnej, tylko że zamiast obrazów, rzeźb czy instalacji są artyści muzyczni i ich występy. 
A teraz konkrety czyli mięso..., którego było mało, więcej było takich dań, które ładnie wyglądały i cudnie smakowały, ale do najedzenia było daleko :)
Najbardziej "mięsny" wydawał mi się pierwszy dzień, gdzie po kolei miało być: JLIN, T. Hecker, Actress, Gazelle Twin i Yves Tumor. Najbardziej oczekiwana przeze mnie z tego towarzystwa Gazelle Twin została odwołana (kur...!), Yves Tumor - naczytałem się legend o jego występach, a tutaj... w zasadzie szkoda gadać. I na pewno nie wynika to z tego, że spóźniłem się o jakieś 15 minut, bo popierdoliły mi się godziny (w tym czasie bezskutecznie szukałem jakiegoś coffe shopu oraz sklepu z jakimś normalnym piwem, bo to co serwowali w lokalu to był jakiś kurwa żart - 2,8€ za 0,25 Grolscha, którego wypijałem w ciągu 7 minut i w zasadzie niewiele z tego zostawało). Dźwięk słaby, sam "performens" też jakiś ubogi... Widocznie nie miał dnia. A w Warszawie na jesień było tak: "Nie mniej intensywnie zaprezentował się Yves Tumor, który za cel postawił sobie przekazanie publiczności chociaż krzty swojej scenicznej energii, a czynił to poprzez wychodzenie do ludzi i niezwykle ekspresyjne sceniczne zachowania. Dwa kwadranse, dosłownie kilka utworów, ale podane w takiej formie, że w pamięci pozostała każda minuta." Oby tak właśnie było w Kato na Tauronie.
Ostatecznie z tego dnia najbardziej zapamiętałem Flohio, na którą w ogóle miałem nie iść (świetna hip-hopowa energia) oraz Sinjin Hawke & Zora Jones - dobry, delikatnie eksperymentalny elektro-danse-secik okraszony bardzo ciekawym wizualem w postaci kamery, która prezentowała tychże wykonawców, ale w nieco zniekształconej wersji.
Drugi dzień stał pod znakiem takich nazw jak LOW, Doon Kanda i Nicolas Jaar.
Bardzo przyjemnie zaskoczyła mnie za to Julia Holter, na którą się wybierałem, ale bez ciśnienia. Zagrała cudowny, intymny koncert na głos, fortepian i delikatny elektroniczny podkład. LOW - stanęli na wysokości zadania, chociaż niektóre kawałki, z ostatniej płyty jak Roma czy Quorum, które na nagraniu brzmią mega-głęboko, czy też nisko (low :P) - tutaj brzmiały nieco płasko. Nie wiem czy to celowe zagranie, czy też jakieś ograniczenie sprzętowe. Ale Fly jako jeden z końcowych utworów zabrzmiał totalnie perfekcyjnie. Piękna chwila.
A Nicolas Jaar... kurwa wstyd się przyznać, ale zorientowałem się, że to już dopiero jakoś po połowie setu...:) Bo wyglądało to tak, że on puszczał muzykę nie ze sceny, tylko z takiego pięterka, a scena w tym czasie była wolna, można było sobie wejść i podylać. A ja głupi myślałem, że to jakaś przerwa czy cuś, bo była zmiana czasu wtedy (tylko chuj, że nie w tę stronę...). No ogólnie, daleko temu było do pamiętnego występu z Openera, kiedy to namiot wręcz wariował w ekstazie. No chuj, i kropka.
Trzeci dzień - miał być w zasadzie najgorszy, a okazał się najlepszy! Mimo, że program kończył się jeszcze przed północą.
Pierwszy występ - Bill Orcutt. Co to było!!! Starszy Pan z brodą siedzi nad laptopem i puszcza dźwięki. Bo to nie była muzyka. To były dźwięki nałożonych na siebie chyba kilkunastu spiral, co jakiś czas zmieniających częstotliwość. Początkowa reakcja - osłupienie. Ale z czasem nabierało to większego sensu. Mniej więcej takiego jak samo życie.
Potem coś takiego jak Pierre Bastien & Tomaga. To wydarzenie było z tych jedynych w swoim rodzaju, które wychodzą po połączeniu kilku muzyków, którzy normalnie ze sobą nie współpracują, ale jak już coś razem zagrają to jest kurwa odpał, normalnie co najmniej jak start wahadłowca. Wg mnie najlepszy koncert jaki widziałem na tym festiwalu. Idealne brzmienie, pełne kreatywności podejście do tematu (pan Bastien sam stworzył taką maszynkę do robienia dźwięków, napędzaną małym silniczkiem, do tego mega-czuły mikrofon i takie rekwizyty jak jakieś mini organki, kartka papieru poruszana przez sztuczny wiatr, trąbka owinięta w folię alu, chyba kuchenną..., czy coś podobnego do starej podeszwy buta z takimi metalowymi wypustkami..., sam widzisz, że kreatywnie). A sam koncert to studium transu dla zaawansowanych. Jak niesamowicie tam grała perkusja! Miazga. A W OGÓLE nie planowałem tego zobaczyć, wpadłem tam niejako "przejazdem".
No i Xiu Xiu. uuułłaaa - ja pierdole. Co za forma! Widać było, że w chuj im zależy, że idą mocno po bandzie. Jak dobrze, że nie zagrali za dużo z nowej płyty... Świetna końcówka, lekko w stylu Swans, co nie dziwi, skoro oprócz Jamiego było tam właśnie dwóch ex-łabędzi. Na tym koncercie było wszystko - punk, rock, ballada, avant-rock, post-rock, nawet elementy performansu... no żałuj człówieku, który miałeś iść na jeden z odwołanych wiosennych koncertów w PL, szczególnie żałuj biedny łodzianinie... Cała godzina z krwistym stekiem - czyli w końcu się najadłem! I to było to tzw. apogeum tego festiwalu.
Potem był jeszcze Andrea Belfi, którego przesłuchałem przed festiwalem i bardzo mi się spodobał. Występ był bardzo dobry, ale to już był pewien spadek. I na koniec ponownie Nicolas Jaar, tym razem & Group. Główna gwiazda, koncert finałowy, kościół, piękna sceneria, klimat, atmosfera... i znowu rozczarowanie. Trochę to było wydumane, przekombinowane... Jaara to tam było tyle, co mięsa w peerelowskich parówkach. Trochę postukał w fortepian, zrobił podkład... nie wiem kurwa, ale na podstawie jego płyt spodziewałem się kipiącej elektronicznej energii, imprezy, zabawy. A dostałem kontemplacyjne dzieło, ale chyba nie dla fanów Jaara.
Ogólnie - nie żałuję na pewno. Ciekawe doświadczenie, coś zupełnie innego, trochę rozszerzyło mi to horyzont. Czy za rok znowu? Raczej nie... Trochę za mało tu było emocji i szczerości, a za dużo wysublimowania i intelektualnego podejścia. Nawet te dj sety były jakieś kompromisowe i mało ryzykowne. I dlatego wiem, że cholernie będzie mi brakowało openera, o którym ostatnio można powiedzieć w zasadzie same złe słowa, to na jego doznania emocjonalne nie można narzekać. I wiem, ze oprócz IDLES będzie jeszcze co najmniej nazwa, której ogłoszenie przyprawi mnie o palpitację serca. No, ale taki był mój wybór. Pewnie gdybym nie pojechał na rewire, to może też bym myślał, że siedzę znowu w tej jebanej Gdyni, słaby line-up, deszcze pada... a mogłem zaliczyć rewire, czyli coś nowego i ekscytującego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Open'er 2019