Łódź, 05.07.2019
Nieprzerwanie od 10 lat pierwszy weekend lipca oznaczał dla
mnie tylko jedno – OPEN’ER!
W tym roku jest inaczej – właśnie trwa trzeci dzień
festiwalu, a ja zamiast TAM być, to siedzę w swoim mieszkaniu i słucham Sheck
Wes’a, na którego koncercie dzisiaj był mój dobry przyjaciel i podobno było
mocno. I myślę sobie, czy dobrze zrobiłem wybierając w zamian marcowy festiwal
rewire w Hadze. Swoją drogą – dlaczego w tym roku nie ma streamów?
No więc siedzę i myślę jakby tu napisać relację z pierwszego
dnia, którego absolutnie nie mogłem sobie podarować: IDLES, Interpol i Death
Grips? Nie, po prostu nie mogło mnie tam nie być. No i byłem.
Przyjechałem w tzw. dzień 0, co oznaczało imprezę na
parkingu w towarzystwie dobrych znajomych oraz dobrych nieznajomych w postaci
dwóch braci, z których jeden był fizykiem i bardzo lubił New Order, a drugi na
pewno nie był fizykiem i chyba nie
kojarzył żadnego zespołu z line-upu, co w sumie nie ma dużego znaczenia. Była
też nieudana próba dotarcia nad morze o 1 w nocy (te cholerne campery i pola
zboża), ale nie ma co tego dalej ciągnąć.
Godzina 19, na Alter Stage pojawia się Idles. To był na
pewno jeden z tych koncertów, które Open’er będzie długo pamiętać. Chociaż od
razu zastrzegam, że ten z offa ’17 przeżyłem mocniej. Tym niemniej, było
genialnie! Przede wszystkim był PUNK. A punk to z definicji BUNT. Bunt przeciw
tym wszystkim gównianym populistycznym hasłom, które coraz bardziej się panoszą
w tzw. zachodnim świecie, a na które nasz ukochany kraj też się załapał. A
więc, był feminizm, anty-Brexit, anty-faszyzm, prawa imigrantów i tolerancja.
Same pierdolone „lewackie” wartości. Ale dlaczego piszę „lewackie”? Przecież te
wartości są zupełnie uniwersalne. „Divide & Conquer” – czyli oto co robią z
ludźmi politycy. Niby wygląda na to, że Brexit i tak się odbędzie, ogólna
faszyzacja świata będzie postępowała w tempie co najmniej niepokojącym, bogaci
będą coraz bogatsi, biedni coraz biedniejsi, prawami zwierząt nie będzie
przejmowało się więcej niż 0.0001% populacji, a temperatura na Ziemi będzie już
tylko rosnąć... Tylko czy tak musi być? Niech każdy odpowie sobie sam.
Dobra, dosyć tych pseudo-mądrości, czas na konkrety: zaczęli
od kawałków ze starej płyty: na pierwszy rzut Heel / Heal, Mother i Faith in
the City – a więc kurwa wysokie C! Potem nie było gorzej – min. Danny Nedelko,
1049 Gotho, Love Song, Exeter czy Divide & Conquer (niekoniecznie w tej
właśnie kolejności) i na koniec Rottweiler. Młodzież, starsi, niższa i wyższa
klasa średnia oraz kobiety z dziećmi - wszyscy świetnie wiedzieli po co tam
przyszli, czyli pogo było solidne (jeszcze teraz czuję ten koncert w mięśniach
i kościach…). Chłopaki, grajcie kurwa do końca świata i o jeden dzień dłużej! I
niech tylko nie przychodzą wam do głowy koncerty na stadionach!, ja pier… to by
była porażka…
Interpol – ich poprzednia wizyta na Openerze przyniosła mi
solidne rozczarowanie. Ale jak miało być, jak rzucili ich wtedy na Main o g. 20
w pełne zachodzące słońce? Tym razem miało być inaczej, bo tent o 23… czyli
idealne miejsce i pora. I tak faktycznie było. Z przodu reakcje były wręcz
entuzjastyczne! Zwłaszcza na Slow Hands czuło się ten post-punkowy sznyt,
przebijający się czasami w ich muzyce. A ogólnie cały występ dobrze przemyślany
i świetnie zagrany, i z wymarzoną setlistą – z pierwszych dwóch płyt zagrali
chyba 10 kawałków. Niestety, zabrakło Stelli… Ale
było wspomniane Slow
Hands, Take you on a Cruise, C’mere, Evil, Rest my Chemistry, Public Pervert,
The Rover, If you really love nothing. Na koniec Roland i polish butcher.
Spełnienie, szczęście, radość.
Death Grips… kur… ale było brutalnie! Już od dłuższego czasu
naprawdę bardzo chciałem ich zobaczyć, bo naczytałem się legend o ich występach,
ale jakoś nie było po drodze. Byli na Unsound, liczyłem na Tauron albo Off, a
tutaj Open’er! (to trochę jak ze Swans i IDLES – co kurwa???). Na pewno na eksperymentalnej
albo na Carbonie byłoby godniej, bo chociażby bliżej ludzi… Ale nie można w
sumie narzekać. Jebane 55 minut totalnej miazgi. Bez miejsca na oddech, na
zaczerpnięcie tchu, na odpoczynek. Dźwięk mógł być trochę lepszy, ale może tak
miało być?
Po tych wrażeniach pora na heńka w po-deszczowej aurze,
chwila rozmowy na jedynej suchej ławce w okolicy i… z czystym sumieniem można
było iść na Robyn:) Nigdy jej nie słuchałem, w zasadzie nie znałem dobrze
żadnej piosenki; przesłuchałem trochę przed festiwalem – no ok, taki dość
ambitny pop. Ale jakoś czułem, że to ma potencjał. Widziałem zresztą streamy z
Primavery z tego roku. I oczywiście było warto. Koncert przepiękny! Kojący i w
jakiś sposób podnoszący na duchu.
Ale, impreza jeszcze trwa! Idziemy do namiotu Beat Stage,
gdzie „za dekami” Seth Roxler. Nie znałem człowieka zupełnie, wrzuciłem coś ze
Spotify dzień przed. Byłem bardziej na tak, niż na nie. Browarek i wchodzimy.
Dobre, techniczne, gęste bity. Z czasem było tylko lepiej. Niestety, 4:43 się
zbliżała, co zmusiło mnie do ewakuacji, obudzenia Maćka w samochodzie,
spakowania swoich rzeczy do plecaka i udania się na dworzec PKP Gdynia Gł.,
gdzie dotarłem ok. 4:24. Pociąg „Stoczniowiec” relacji Gdynia – Katowice, peron
4, wagon 10, miejsce 52.
Siadam i bez zbędnej zwłoki zasypiam.
Wysiadam o 12:19 na Łódź Widzew (wg planu miało być 10:28) i
myślę, że poprzedni dzień był muzycznie jednym z najlepszym w życiu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz