poniedziałek, 8 lipca 2019

Open'er 2019


Łódź, 05.07.2019

Nieprzerwanie od 10 lat pierwszy weekend lipca oznaczał dla mnie tylko jedno – OPEN’ER!
W tym roku jest inaczej – właśnie trwa trzeci dzień festiwalu, a ja zamiast TAM być, to siedzę w swoim mieszkaniu i słucham Sheck Wes’a, na którego koncercie dzisiaj był mój dobry przyjaciel i podobno było mocno. I myślę sobie, czy dobrze zrobiłem wybierając w zamian marcowy festiwal rewire w Hadze. Swoją drogą – dlaczego w tym roku nie ma streamów?
No więc siedzę i myślę jakby tu napisać relację z pierwszego dnia, którego absolutnie nie mogłem sobie podarować: IDLES, Interpol i Death Grips? Nie, po prostu nie mogło mnie tam nie być. No i byłem.
Przyjechałem w tzw. dzień 0, co oznaczało imprezę na parkingu w towarzystwie dobrych znajomych oraz dobrych nieznajomych w postaci dwóch braci, z których jeden był fizykiem i bardzo lubił New Order, a drugi na pewno nie był  fizykiem i chyba nie kojarzył żadnego zespołu z line-upu, co w sumie nie ma dużego znaczenia. Była też nieudana próba dotarcia nad morze o 1 w nocy (te cholerne campery i pola zboża), ale nie ma co tego dalej ciągnąć.
Godzina 19, na Alter Stage pojawia się Idles. To był na pewno jeden z tych koncertów, które Open’er będzie długo pamiętać. Chociaż od razu zastrzegam, że ten z offa ’17 przeżyłem mocniej. Tym niemniej, było genialnie! Przede wszystkim był PUNK. A punk to z definicji BUNT. Bunt przeciw tym wszystkim gównianym populistycznym hasłom, które coraz bardziej się panoszą w tzw. zachodnim świecie, a na które nasz ukochany kraj też się załapał. A więc, był feminizm, anty-Brexit, anty-faszyzm, prawa imigrantów i tolerancja. Same pierdolone „lewackie” wartości. Ale dlaczego piszę „lewackie”? Przecież te wartości są zupełnie uniwersalne. „Divide & Conquer” – czyli oto co robią z ludźmi politycy. Niby wygląda na to, że Brexit i tak się odbędzie, ogólna faszyzacja świata będzie postępowała w tempie co najmniej niepokojącym, bogaci będą coraz bogatsi, biedni coraz biedniejsi, prawami zwierząt nie będzie przejmowało się więcej niż 0.0001% populacji, a temperatura na Ziemi będzie już tylko rosnąć... Tylko czy tak musi być? Niech każdy odpowie sobie sam.
Dobra, dosyć tych pseudo-mądrości, czas na konkrety: zaczęli od kawałków ze starej płyty: na pierwszy rzut Heel / Heal, Mother i Faith in the City – a więc kurwa wysokie C! Potem nie było gorzej – min. Danny Nedelko, 1049 Gotho, Love Song, Exeter czy Divide & Conquer (niekoniecznie w tej właśnie kolejności) i na koniec Rottweiler. Młodzież, starsi, niższa i wyższa klasa średnia oraz kobiety z dziećmi - wszyscy świetnie wiedzieli po co tam przyszli, czyli pogo było solidne (jeszcze teraz czuję ten koncert w mięśniach i kościach…). Chłopaki, grajcie kurwa do końca świata i o jeden dzień dłużej! I niech tylko nie przychodzą wam do głowy koncerty na stadionach!, ja pier… to by była porażka…
Interpol – ich poprzednia wizyta na Openerze przyniosła mi solidne rozczarowanie. Ale jak miało być, jak rzucili ich wtedy na Main o g. 20 w pełne zachodzące słońce? Tym razem miało być inaczej, bo tent o 23… czyli idealne miejsce i pora. I tak faktycznie było. Z przodu reakcje były wręcz entuzjastyczne! Zwłaszcza na Slow Hands czuło się ten post-punkowy sznyt, przebijający się czasami w ich muzyce. A ogólnie cały występ dobrze przemyślany i świetnie zagrany, i z wymarzoną setlistą – z pierwszych dwóch płyt zagrali chyba 10 kawałków. Niestety, zabrakło Stelli… Ale

 było wspomniane Slow Hands, Take you on a Cruise, C’mere, Evil, Rest my Chemistry, Public Pervert, The Rover, If you really love nothing. Na koniec Roland i polish butcher. Spełnienie, szczęście, radość.
Death Grips… kur… ale było brutalnie! Już od dłuższego czasu naprawdę bardzo chciałem ich zobaczyć, bo naczytałem się legend o ich występach, ale jakoś nie było po drodze. Byli na Unsound, liczyłem na Tauron albo Off, a tutaj Open’er! (to trochę jak ze Swans i IDLES – co kurwa???). Na pewno na eksperymentalnej albo na Carbonie byłoby godniej, bo chociażby bliżej ludzi… Ale nie można w sumie narzekać. Jebane 55 minut totalnej miazgi. Bez miejsca na oddech, na zaczerpnięcie tchu, na odpoczynek. Dźwięk mógł być trochę lepszy, ale może tak miało być?
Po tych wrażeniach pora na heńka w po-deszczowej aurze, chwila rozmowy na jedynej suchej ławce w okolicy i… z czystym sumieniem można było iść na Robyn:) Nigdy jej nie słuchałem, w zasadzie nie znałem dobrze żadnej piosenki; przesłuchałem trochę przed festiwalem – no ok, taki dość ambitny pop. Ale jakoś czułem, że to ma potencjał. Widziałem zresztą streamy z Primavery z tego roku. I oczywiście było warto. Koncert przepiękny! Kojący i w jakiś sposób podnoszący na duchu.
Ale, impreza jeszcze trwa! Idziemy do namiotu Beat Stage, gdzie „za dekami” Seth Roxler. Nie znałem człowieka zupełnie, wrzuciłem coś ze Spotify dzień przed. Byłem bardziej na tak, niż na nie. Browarek i wchodzimy. Dobre, techniczne, gęste bity. Z czasem było tylko lepiej. Niestety, 4:43 się zbliżała, co zmusiło mnie do ewakuacji, obudzenia Maćka w samochodzie, spakowania swoich rzeczy do plecaka i udania się na dworzec PKP Gdynia Gł., gdzie dotarłem ok. 4:24. Pociąg „Stoczniowiec” relacji Gdynia – Katowice, peron 4, wagon 10, miejsce 52.
Siadam i bez zbędnej zwłoki zasypiam.
Wysiadam o 12:19 na Łódź Widzew (wg planu miało być 10:28) i myślę, że poprzedni dzień był muzycznie jednym z najlepszym w życiu.

czwartek, 6 czerwca 2019

Springbreak 2019

Decyzja o kolejnej mojej wizycie w stolicy polskiej muzyki podjąłem w drugi dzień festiwalu o g. 11.

Domoffon 2017

relacja

rewire 2019

rewire Festival 2019 - The Hague

Rewire dobiegł końca, a ja już popijam wino w Łodzi, myślami będąc jeszcze nie do końca na miejscu.
Nie było przepoconych od potu koszulek ani podeptanych od "tańców" pod sceną butów, nie było też szumu w uszach po zbyt głośnych koncertach... Nie było też wschodów słońca gdzieś nad nie wiadomo jakim niebem. Trudno, żeby to było, bo to rewire, a nie off, opener czy tauron. Festiwal zdecydowanie specyficzny i konsekwentny w budowaniu swojego charakteru i z sukcesem realizujący swój pomysł na siebie.
Uczestniczenie w tej imprezie porównałbym do wizyty w jakimś muzeum sztuki współczesnej, tylko że zamiast obrazów, rzeźb czy instalacji są artyści muzyczni i ich występy. 
A teraz konkrety czyli mięso..., którego było mało, więcej było takich dań, które ładnie wyglądały i cudnie smakowały, ale do najedzenia było daleko :)
Najbardziej "mięsny" wydawał mi się pierwszy dzień, gdzie po kolei miało być: JLIN, T. Hecker, Actress, Gazelle Twin i Yves Tumor. Najbardziej oczekiwana przeze mnie z tego towarzystwa Gazelle Twin została odwołana (kur...!), Yves Tumor - naczytałem się legend o jego występach, a tutaj... w zasadzie szkoda gadać. I na pewno nie wynika to z tego, że spóźniłem się o jakieś 15 minut, bo popierdoliły mi się godziny (w tym czasie bezskutecznie szukałem jakiegoś coffe shopu oraz sklepu z jakimś normalnym piwem, bo to co serwowali w lokalu to był jakiś kurwa żart - 2,8€ za 0,25 Grolscha, którego wypijałem w ciągu 7 minut i w zasadzie niewiele z tego zostawało). Dźwięk słaby, sam "performens" też jakiś ubogi... Widocznie nie miał dnia. A w Warszawie na jesień było tak: "Nie mniej intensywnie zaprezentował się Yves Tumor, który za cel postawił sobie przekazanie publiczności chociaż krzty swojej scenicznej energii, a czynił to poprzez wychodzenie do ludzi i niezwykle ekspresyjne sceniczne zachowania. Dwa kwadranse, dosłownie kilka utworów, ale podane w takiej formie, że w pamięci pozostała każda minuta." Oby tak właśnie było w Kato na Tauronie.
Ostatecznie z tego dnia najbardziej zapamiętałem Flohio, na którą w ogóle miałem nie iść (świetna hip-hopowa energia) oraz Sinjin Hawke & Zora Jones - dobry, delikatnie eksperymentalny elektro-danse-secik okraszony bardzo ciekawym wizualem w postaci kamery, która prezentowała tychże wykonawców, ale w nieco zniekształconej wersji.
Drugi dzień stał pod znakiem takich nazw jak LOW, Doon Kanda i Nicolas Jaar.
Bardzo przyjemnie zaskoczyła mnie za to Julia Holter, na którą się wybierałem, ale bez ciśnienia. Zagrała cudowny, intymny koncert na głos, fortepian i delikatny elektroniczny podkład. LOW - stanęli na wysokości zadania, chociaż niektóre kawałki, z ostatniej płyty jak Roma czy Quorum, które na nagraniu brzmią mega-głęboko, czy też nisko (low :P) - tutaj brzmiały nieco płasko. Nie wiem czy to celowe zagranie, czy też jakieś ograniczenie sprzętowe. Ale Fly jako jeden z końcowych utworów zabrzmiał totalnie perfekcyjnie. Piękna chwila.
A Nicolas Jaar... kurwa wstyd się przyznać, ale zorientowałem się, że to już dopiero jakoś po połowie setu...:) Bo wyglądało to tak, że on puszczał muzykę nie ze sceny, tylko z takiego pięterka, a scena w tym czasie była wolna, można było sobie wejść i podylać. A ja głupi myślałem, że to jakaś przerwa czy cuś, bo była zmiana czasu wtedy (tylko chuj, że nie w tę stronę...). No ogólnie, daleko temu było do pamiętnego występu z Openera, kiedy to namiot wręcz wariował w ekstazie. No chuj, i kropka.
Trzeci dzień - miał być w zasadzie najgorszy, a okazał się najlepszy! Mimo, że program kończył się jeszcze przed północą.
Pierwszy występ - Bill Orcutt. Co to było!!! Starszy Pan z brodą siedzi nad laptopem i puszcza dźwięki. Bo to nie była muzyka. To były dźwięki nałożonych na siebie chyba kilkunastu spiral, co jakiś czas zmieniających częstotliwość. Początkowa reakcja - osłupienie. Ale z czasem nabierało to większego sensu. Mniej więcej takiego jak samo życie.
Potem coś takiego jak Pierre Bastien & Tomaga. To wydarzenie było z tych jedynych w swoim rodzaju, które wychodzą po połączeniu kilku muzyków, którzy normalnie ze sobą nie współpracują, ale jak już coś razem zagrają to jest kurwa odpał, normalnie co najmniej jak start wahadłowca. Wg mnie najlepszy koncert jaki widziałem na tym festiwalu. Idealne brzmienie, pełne kreatywności podejście do tematu (pan Bastien sam stworzył taką maszynkę do robienia dźwięków, napędzaną małym silniczkiem, do tego mega-czuły mikrofon i takie rekwizyty jak jakieś mini organki, kartka papieru poruszana przez sztuczny wiatr, trąbka owinięta w folię alu, chyba kuchenną..., czy coś podobnego do starej podeszwy buta z takimi metalowymi wypustkami..., sam widzisz, że kreatywnie). A sam koncert to studium transu dla zaawansowanych. Jak niesamowicie tam grała perkusja! Miazga. A W OGÓLE nie planowałem tego zobaczyć, wpadłem tam niejako "przejazdem".
No i Xiu Xiu. uuułłaaa - ja pierdole. Co za forma! Widać było, że w chuj im zależy, że idą mocno po bandzie. Jak dobrze, że nie zagrali za dużo z nowej płyty... Świetna końcówka, lekko w stylu Swans, co nie dziwi, skoro oprócz Jamiego było tam właśnie dwóch ex-łabędzi. Na tym koncercie było wszystko - punk, rock, ballada, avant-rock, post-rock, nawet elementy performansu... no żałuj człówieku, który miałeś iść na jeden z odwołanych wiosennych koncertów w PL, szczególnie żałuj biedny łodzianinie... Cała godzina z krwistym stekiem - czyli w końcu się najadłem! I to było to tzw. apogeum tego festiwalu.
Potem był jeszcze Andrea Belfi, którego przesłuchałem przed festiwalem i bardzo mi się spodobał. Występ był bardzo dobry, ale to już był pewien spadek. I na koniec ponownie Nicolas Jaar, tym razem & Group. Główna gwiazda, koncert finałowy, kościół, piękna sceneria, klimat, atmosfera... i znowu rozczarowanie. Trochę to było wydumane, przekombinowane... Jaara to tam było tyle, co mięsa w peerelowskich parówkach. Trochę postukał w fortepian, zrobił podkład... nie wiem kurwa, ale na podstawie jego płyt spodziewałem się kipiącej elektronicznej energii, imprezy, zabawy. A dostałem kontemplacyjne dzieło, ale chyba nie dla fanów Jaara.
Ogólnie - nie żałuję na pewno. Ciekawe doświadczenie, coś zupełnie innego, trochę rozszerzyło mi to horyzont. Czy za rok znowu? Raczej nie... Trochę za mało tu było emocji i szczerości, a za dużo wysublimowania i intelektualnego podejścia. Nawet te dj sety były jakieś kompromisowe i mało ryzykowne. I dlatego wiem, że cholernie będzie mi brakowało openera, o którym ostatnio można powiedzieć w zasadzie same złe słowa, to na jego doznania emocjonalne nie można narzekać. I wiem, ze oprócz IDLES będzie jeszcze co najmniej nazwa, której ogłoszenie przyprawi mnie o palpitację serca. No, ale taki był mój wybór. Pewnie gdybym nie pojechał na rewire, to może też bym myślał, że siedzę znowu w tej jebanej Gdyni, słaby line-up, deszcze pada... a mogłem zaliczyć rewire, czyli coś nowego i ekscytującego.

Open'er 2019